Kom Ombo
Artykuły

Egipskie panoptikum (część I)

Zawrzeć w jednej opowieści tysiące lat historii i niezwykłe bogactwo materialnej i niematerialnej spuścizny Egiptu – kraju, który fascynował mieszkańców Europy już w starożytności – jest po prostu niemożliwe.

To zadanie trudniejsze nawet niż powiedzenie wszystkiego o sobie w dwu słowach, chyba że wystarczy opis, ktory napotkałem przed laty w jednym ze wspomnień: Egipt jest doprawdy fantastyczny. To aż nazbyt, jak na starego szkockiego lorda, rozbudowane zdanie towarzyszyc będzie w całej naszej egipskiej wyprawie zorganizowanej przez Biuro Podroży Exim, szczycace się ponadto tym, że jest sponsorem wykopalisk, prowadzonych przez profesora Karola Myśliwca w Sakkarze.

Wylądowaliśmy w Hurghadzie – pełnym słońca egipskim kurorcie nad Morzem Czerwonym, skąd promem dostać się można do Sharm el-Sheikh – najdalej na południe wysunięty punkt Synaju i strategiczne miejsce wszystkich konfliktów arabsko-izraelskich. Niestety, tym razem półwysep pozostał dla nas odległym marzeniem, a czas pozwolił jedynie na przyjrzenie się cudom znad Nilu, wspaniałej rzeki, która „stworzyła Egipt”, i której urodę potrafili docenić nawet na wpół oślepli po wielomiesięcznej kampanii pustynnej żołnierze Napoleona.

I to właśnie ich, pierwszych w miarę współczesnych Europejczyków, którym z łaski „boga wojny” dane było poznać wiele egipskich tajemnic, wziąłem sobie podczas tego wyjazdu za przewodników. Najważniejszym z nich był Dominik Vivant Denon (1747-1825), towarzyszący wojskom malarz i rysownik, w późniejszych czasach muzealnik i organizator zbiorów w Luwrze, autor niezliczonej ilości szkiców, rysunków, opisów i notatek, którego próżno szukać w polskich encyklopediach. Świadomie zrezygnowałem z dość lapidarnych i – jakkolwiek by patrzeć – infantylnych opisów, jakie można choćby odnaleźć w wydanym ostatnio tomie „Krynoliny zostawcie w Kairze”. Wszystkie one stanowią bowiem „popłuczyny” po Denonie – jednym z niewielu ludzi, którym nawet arcytrudna i niebezpieczna piętnastomiesięczna pustynna kampania wojenna ani na chwilę nie była w stanie zahamować chęci poznania. I tym właśnie Denon różni się od większości tych, którzy tu byli przed nim i po nim, również od naszego Radziwiłła Sierotki, który zadowolił się wyłącznie wejściem w posiadanie kilku mumii, uważanych w owym czasie za lekarstwo na wszelkie dolegliwości. Niestety, przesądna załoga włoskiego żaglowca wyrzuciła mu je wszystkie za burtę, by uśmierzyć gniew morza w czasie sztormu.

Boski Nil

Bez tej rzeki ludność Egiptu i przeważającej części Sudanu nie przeżyłaby nawet jednego dnia. Zauważył to już ojciec historii, za jakiego uważa się powszechnie Herodota, który pierwszy napisał, że niższy niż zazwyczaj stan wód jest tutaj równoznaczny z klęską. Sama rzeka fascynowała ludzi od stuleci, a poszukiwanie jej źródeł stało się nie lada wyzwaniem dla wszystkich ambitniejszych podróżników.

Rzeka była nie tylko „darem niebios” dla egipskich rolników, ale również dla całego śródziemnomorskiego świata, którego pomyślność była uzależniona od wysokości tutejszych zbiorów. Nilem nie tylko spławiano oczekiwane w Rzymie zboże, ale i w nie do końca nam jeszcze znany sposób transportowano ogromne bryły kamieni, bez których nie można by wznieść choćby jednej podkairskiej piramidy. Sami Grecy nadali mu przymioty godne boskich mieszkańców Olimpu.

Arabski Al-Uksur, niegdysiejszy Luxor, zawsze wywierał na przybyszach niesamowite wrażenie. To na widok jego świątyń – jak zapisali sprawozdawcy wyprawy – zabijacy generała Desaixa „zatrzymali się jak jeden mąż i pod wpływem spontanicznego impulsu postawili broń u nogi” – stanęli „na baczność”, jakbyśmy to powiedzieli dzisiaj.

Tu, na zachodnim brzegu Nilu w Deir el-Bahari znajduje się monumentalna, niezwykle malownicza i pełna uroku świątynia Hatszepsut – kobiety – faraona, która mniej więcej trzy i pół tysiąca lat temu zleciła swym „wilkom morskim” wyprawę do mitycznej krainy Punt, a której „droga do władzy” wiązała się z koniecznością „wyeliminowania” aż trzech rządzących, wszystkich o imieniu Totmes. Gdy po jej śmierci na tron powrócił ostatni z nich, postanowił wymazać swą poprzedniczkę z ludzkiej pamięci i jednocześnie pozbawić ją prawa do życia wiecznego, nakazując staranne usunięcie wszystkich hieroglifów z imieniem królowej. Czy skutecznie? Chyba nie bardzo, bowiem któż dzisiaj zna imię Totmesa III? Doprawdy niewielu. Za to Hatszepsut jest wieczna!

W cieniu jej świątyń, wzniesionej przez budowniczego Senmuta, nota bene pełniącego jednocześnie niezwykle odpowiedzialną funkcję zausznika i kochanka, doszło do spotkania z Mirosławem Barwikiem, egiptologiem z Uniwersytetu Warszawskiego, najmłodszym w dziejach szefem polskiej misji naukowej w Deir el Bahari, którego tekst o zaułkach starego Kairu zamieściliśmy w poprzednim numerze „Świata”.

Ściągającym już „starożytnych” turystów dziwem określać zwykło się kolosy Memnona – gigantyczne, dwudziestometrowe kamienne podobizny tronowe Amenhotepa, które uszkodzone przez trzęsienie ziemi wydawały o świcie przerażające, nieziemskie dźwięki. Atrakcję tę zlikwidowali jeszcze rzymscy, pożal się Boże „konserwatorzy”, którzy remontując kolosy, „załatali” gwiżdżące miejsca, lecz mimo upływu już prawie dwóch tysięcy lat opowieść o „śpiewających kolosach” pozostała w ludzkiej pamięci.

Będąc w Luksorze nie można nie zwiedzić, skrywającej co najmniej 64 grobowce, Doliny Królów. To tutaj na początku lat dwudziestych ubiegłego stulecia brytyjski archeolog Howard Carter odkrył wspaniały grobowiec nic nie znaczącego w dziejach Egiptu młodego Tutenchamona, stając się jednocześnie pierwszym grabieżcą tego miejsca pochówku. Ale nawet to, co po Carterze pozostało, daje pojęcie o niesamowitym bogactwie starożytnych władców, zwykłych zabierać ze sobą do grobu „wyłącznie najpotrzebniejsze rzeczy”. Z odkryciem grobowca Tutenchamona pozostanie na zawsze w łączności „jego klątwa”, rzucona jakoby na wszystkich śmiałków, którzy zdecydują się naruszyć wieczny spokój monarchy.

O tym, że nadal działa, mogło się przekonać już kilka tuzinów ludzi, którzy w jej efekcie musieli się w dość gwałtowny sposób rozstać z tym łez padołem.

Jezioro Nasera

Okolice Asuanu zmieniły się w ciągu ostatniego półwiecza nie do poznania. Przed wszystkim pojawiła się nowa tama i ogromny zalew, diametralnie zmieniający tutejszy klimat, tak, że dzisiaj można być tu nawet świadkiem deszczu – rzeczy nie do pomyślenia jeszcze nie tak dawno temu. W czasach rzymskich w Asuanie znajdowała się najdalej na południe wysunięta placówka wojskowa Imperium. Była tu też karawanowa stacja i znaczący punkt handlowy, gdzie wśród palm i tamaryszków widać było sunące bezustannie brzegiem karawany wielbłądów i osłów. Po rzece zaś, tak jak i dzisiaj, śmigały zwinne feluki, zaś na okolicznych trzęsawiskach żerowały niezliczone stada ptaków z najbardziej nam znanymi czaplami i bocianami na czele.

Również do Asuanu dotarli żołnierze Bonapartego, którzy swą obecność zaznaczyli dość pretensjonalną płytą, zaś nieoceniony sprawozdawca tej wyprawy Denon odnotował, że mieszkające w tej okolicy Nubijki, chociaż dość „kuso odziane” w przepaski rzemienne, są o wiele piękniejsze od Egipcjanek i wśród handlarzy niewolników są w cenie „ponieważ ich skóra w dotyku jest chłodna”. „Jak u żab” – dodawali w opisach mniej eleganccy Anglicy.

W czasach ptolemejskich w jednej z tutejszych studni dokonywano pomiarów „wysokości cienia”, by na tej podstawie obliczyć w przybliżeniu obwód skorupy ziemskiej. Uczy się o tym na lekcjach geografii we wszystkich chyba szkołach na świecie. Turyści jednak mają okazję zobaczyć przede wszystkim Niedokończony Obelisk poznając jednocześnie tajemnice staroegipskiej sztuki obróbki granitu.

Wycieczka statkiem z Kairu na wyspę Filę należała do obowiązków każdego europejskiego przybysza do Egiptu i znalazła swoje niezliczone opisy na kartach wielu memuarów. Agatha Christie nadała jednej z nich nawet postać kryminału, który potem kontynuowali twórcy filmowych przygód Jamesa Bonda. Ale naprawdę śmiertelną wyprawę odbył w końcu XVIII stulecia generał Desaix wysłany przez Bonapartego w pogoń za uchodzącymi w górę Nilu Mamelukami Murada Beja. Mimo sukcesów odnoszonych w walce „wyczerpani codziennymi stratami i zmęczeni zwycięstwami” Francuzi musieli w końcu dać za wygraną. Na Fili zadomowili się na dobre dopiero administratorzy Muhammada Alego, by potem ustąpić miejsca egipsko-angielskim zdobywcom Sudanu. Kitchener, ten, który dzięki zastosowaniu karabinów maszynowych „uśmierzył” w bitwie pod Chartumem sudańskich powstańców Mahdiego, był nawet posiadaczem jednej z wysp w pobliżu Elefantyny, gdzie pozostawił po sobie wspaniały botaniczny ogród, do dziś chętnie odwiedzany, tak przez turystów, jak i okolicznych mieszkańców. Wyspa Fila (arabska Dżazirat Fila) znana była przede wszystkim ze świątyni Izydy. Pielgrzymowali tu już starożytni Egipcjanie, a w czasach rzymskich kult bogini rozprzestrzenił się z powodzeniem po całym imperium, stając się w pewnym momencie bardzo konkurencyjnym wobec chrześcijaństwa. Położył mu kres dopiero Justynian (ten od Teodory) w 535 roku.

Świątynia Izydy znajduje się obecnie na wyspie Agilkia, gdzie została przeniesiona w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku w związku z budową Tamy Asuańskiej.

Asuan stanowi dogodny punkt wypadowy do Abu Simbel, miejsca, w którym Ramzes II – władca z XIX dynastii (XII wiek przed naszą erą) – polecił wykuć w skale miejsce czci boskiej trójcy: Amona-Re, Re-Harachte i Ptaha wystawiając niejako samemu sobie pomnik wielkości, z którym nie będą się równać żadne inne. Cały kompleks świątynny przeleżał ukryty w piasku aż do 1813 roku, kiedy to „świat po raz pierwszy” dowiedział się o jego istnieniu.

W czasie prac nad budową zapory w Asuanie, dzięki ogromnemu wysiłkowi specjalistów z całego niemal świata, w obawie przed zalaniem, kamienną świątynię podzielono na fragmenty i przeniesiono w inne, oddalone od wody miejsce. Starano się przy tym zachować nie tylko jej pradawny wygląd, ale i genialność konstrukcji, która powodowała, że dwa razy w roku w czasie słonecznych przesileń promienie naszej gwiazdy przez ponad 20 minut oświetlają wszystkie zdobiące świątynie posągi za wyjątkiem Ptaha – boga ciemności.

Kom Ombo, Esna i inne fascynujące miejsca

Obecni turyści, korzystając z możliwości, jakie im dają współczesne środki transportu, na zwiedzanie Luksoru i okolic poświęcają dzień, najwyżej dwa, mogąc w tym czasie wyprawić się zarówno w dół Nilu, w kierunku północnym, jak i do położonej na południu Esny. Kaum Umbu leży mniej więcej godzinę drogi autem od Asuanu w kierunku północnym. Na jednym ze wzgórz znajduje się, wzniesiona w okresie ptolemejskim, chociaż w charakterystycznym dla Egipcjan stylu, świątynia Sobeka – boga o głowie krokodyla, któremu poświęcona jest prawa część budowli i Haroerisa – sokologłowego bóstwa, „rządzącego” lewą stroną. Dodanie do towarzystwa utożsamiającemu ludzkie emocje Sobekowi, który był opiekunem południowej części Doliny Nilu, Haroerisa – wcielenia dostojeństwa i godności miało, zdaniem fundatorów, symbolizować całą złożoność tak świata, jak i siły sterującej człowiekiem.

W Isnie, położonej na południe od Luksoru, gdzie memu egipskiemu przewodnikowi sprzed stuleci po raz pierwszy w głowie zaświtała myśl, że starożytni egipscy artyści nie zapożyczyli nic ze znanych mu wcześniej wzorów i w swych budowlach po prostu kopiowali przyrodę przyjmując za model swojej kolumny łodygę papirusu, rozstałem się z Denonem. On adoptował tu niegdyś kaleką dziewczynkę, my zaś oglądaliśmy świątynię Chnuma – bogostworzenia o głowie barana. W czasach ptolemejskich miała ona charakter lokalnego miejsca kultu.

Jeszcze bardziej na południu znajduje się Edfu, gdzie na zachodnim brzegu Nilu wzniesiona została interesująca świątynia Horusa – boga słońca oraz jego boskiej, patronującej muzyce i miłości, małżonce – krowiogłowiej Hator, i synowi-jednoczycielowi Egiptu Harsumtaui. Wniesiona w staroegipskim stylu przez Ptolemeuszy świątynia uchodzi dziś za najlepiej zachowaną ze wszystkich istniejących.

Współczesny Egipt żyje z turystyki. Nic więc dziwnego, że trudno jest nawet próbować uniknąć sprzedawcy pamiątek, czy odrzucić propozycje natrętnie oferowanej usługi. Trudno się jednak zdecydować, by zwiedzać go samemu, i to nie tylko dlatego, że taka wyprawa pociągnąć może za sobą pewne ryzyko, ale przede wszystkim dlatego, że mimo ogromnej życzliwości, jaką wobec przybyszy żywi większość mieszkańców i ich całej południowej spontaniczności, nie należy zapominać o jakże odmiennej kulturze, obyczajach i wierzeniach, które, niezrozumiane przez nas, mogą spowodować poważne napięcia lub nieporozumienia. Mimo wszystko Egipt zobaczyć trzeba, nawet wówczas, gdy będziemy mogli się zdecydować zaledwie na tygodniową wycieczkę.

Autor: Krzysztof Łukaszewicz

Źródło: Świat, Podróże i Kultura

Data publikacji: kwiecień 2005